Dlaczego ta strona nie wyglada tak jak powinna?
Twoja przegladarka nie akceptuje styli - masz ją prawdopodobnie niezbyt aktualna.
Aby obejrzec ta strone poprawnie, uaktualnij swoja przegladarke. Oto kilka przydatnych adresow przegladarek:
Na Wilczej, czyli historia w murach, Życie Warszawy

Po wojnie Warszawa była gruzowiskiem. Cudem ocalałe, nienaruszone budynki były rzadkością. O nich właśnie, słowami ich mieszkańców, opowie Magdalena Stopa w swojej nowej książce. Poniżej fragment dotyczący kamienicy przy ul. Wilczej 22, w której od 1930 roku mieszka prof. Henryk Samsonowicz

 

Tutaj wszystko jest tak gładkie, jakby powstało zaledwie wczoraj. Atlanty podtrzymujące wykusze i stiukowe maszkarony w bramie i tańczące nimfy na ścianach klatki schodowej. Lśnią białe marmurowe stopnie, przyciągają oko nowe tynki w pastelowych barwach. Remont zakończono w 2009 roku. Można by sądzić, że tutaj nic nie zniknęło. A jednak...

 

Na zdjęciu sprzed trzech lat elewacja jest bura i odrapana, większość balkonów jest pozbawiona balustrad, wzdłuż całej kamienicy ciągnie się prowizoryczne zadaszenie. Pomiędzy oknami parteru można przeczytać pozostałości napisu wykonanego czarną farbą w zimie 1945 roku: "Dom sprawdzono. Min nie ma".


Teraz w tym miejscu wisi szklana tabliczka z wytrawionymi, matowymi literami powtarzającymi napis pozostawiony przez saperów.

 

Mało kamienic w Warszawie przeszło równie pieczołowity remont i... zachowało funkcję mieszkalną. Podwyższono budynek o dodatkową kondygnację i użytkowe poddasze. Powstały dwupoziomowe mieszkania. Remont objął jednak tylko część frontową kamienicy wejście na podwórko przenosi nas od razu w rzeczywistość ostatnich 60 lat. Straszy goła cegła oficyn, pokruszona betonowa wylewka, śmietniki, dwa wygięte, rachityczne drzewka. I tylko z boku lśni zaskakująca konstrukcja: szklany szyb nowoczesnej zewnętrznej windy.

 

Wnętrza, których nie ma

Kamienica powstała w 1884 roku, według projektu pary warszawskich architektów: Aleksandra Woydego i Karola Kozłowskiego. Była na tyle efektowna, że wymieniono ją nawet w przedwojennym przewodniku po stolicy.

 

- Opisana została jako przykład francuskiego neoromantyzmu - twierdzi historyk, prof. Henryk Samsonowicz mieszkający tu od urodzenia, czyii od 1930 roku. Zajmuje z żoną pięciopokojowe mieszkanie na drugim piętrze od frontu.

 

Przed wojną należało do jego dziadków, podobnie jak cała kamienica. Do 1939 roku przyszły minister edukacji w rządzie Tadeusza Mazowieckiego mieszkał z rodzicami piętro wyżej. 20 września rodzina przeniosła się tutaj, bo na ostatnim piętrze zrobiło się zbyt niebezpiecznie. Tego wieczoru dwa pociski artyleryjskie uderzyły w najwyższą kondygnację, niszcząc mieszkanie.

 

- Dziadek, Henryk Korwin-Krukowski, był synem zesłanego na Sybir powstańca listopadowego Józefa Korwina-Krukowskiego - opowiada profesor. - Dorobił się poważnych środków, pracując w przemyśle hutniczym w belgijskich i francuskich firmach, najpierw na Uralu, a później nad Dnieprem. Był znaną postacią, jednym z założycieli Politechniki Warszawskiej, potem rektorem Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Pod koniec XIX wieku kupił niewielki majątek w Lipniku, na skraju Puszczy Białej, a kilka lat później kamienicę przy Wilczej. Złote rublówki, tak zwane świnki, które przywiózł z Rosji, przechowywane były latami w płóciennych woreczkach i pochowane w rozmaitych tajnych miejscach. Do niedawna sądziłem, że ostatnie wydałem na obrączki, ale żona twierdzi, że jeszcze kilka zostało - śmieje się.


Z portretu wiszącego w pokoju stołowym spogląda poważny pan w czerwonej todze i gronostajowej pelerynie. W salonie są też inne pamiątki, stuletnie stół i krzesła o falujących liniach w stylu Ludwika Filipa.

 

- Dziadek pracując w Rosji, raz na cztery lata przyjeżdżał na urlop do kraju, czyli do...Pińska. Tam miał rodzinę i stamtąd przywiózł te meble - wyjaśnia Samsonowicz. - To rzemiosło na wysokim poziomie.

 

Ślady przeszłości widoczne są tu na każdym kroku. Sufity zdobią sztukaterie, piece z prostych, białych kafli dekorowane stiukowymi szczytami, używane były jeszcze do lat 70. Kasetonowe parkiety z kilku gatunków drewna w każdym pokoju ułożone są w inne wzory. W całości zachowany jest też pierwotny rozkład mieszkania, z wejściem z dwóch klatek schodowych, frontowej oraz kuchennej. Takich wnętrz w Warszawie prawie nie ma.


Geologia w stołowym


- Wiele się tu działo w czasie okupacji - wspomina prof. Samsonowicz. - Ojciec, profesor geologii, wykładał na tajnym uniwersytecie, matka była nauczyciełką, siostra sanitariuszką w AK, brat w batalionie "Zośka", ja, najmłodszy, należałem do tajnego harcerstwa. W salonie organizowano spotkania szkoleniowe, słychać było komendy: "Baczność! Spocznij!". Tutaj leżał też, ranny w głowę po likwidacji posterunku żandarmerii w Wilanowie, "Xiążę" - porucznik AK, czyli Andrzej, mój brat. W stołowym odbywały się komplety. To byl najprzyjemniejszy okres mojej edukacji. Chyba nigdy w szkole tyle nie skorzystałem, ile wówczas.

 

Kamienica, choć poważnie uszkodzona, wojnę przetrwała. Mieszkanie było okradzione, ale nie ze wszystkiego, sporo mebli i książek zostało. W ogromnej bibliotece nadal stoją oprawione w czerwone płótno tomy "Wielkiej historii powszechnej" Trzaski, Everta i Michalskiego. Nie po raz pierwszy okazało się, że przedmioty są trwalsze niż ludzie. "Xiążę" Powstania nie przeżył. Zginał na Powiślu jako dowódca plutonu "Alek" batalionu "Zośka".


- Po Powstaniu jako pierwsze wróciły moja matka i siostra. Jeszcze w styczniu - opowiada profesor. - Ja dwa miesiące później, w marcu. Przy Kruczej domów nie było wcale, przejście po rumowisku cegieł przypominało górski szlak.

 

Życie musiało się jednak toczyć dalej. - W naszym salonie zamieszkał razem z matką asystent mojego ojca. Potem dołączyła do niego żona, a rok później córeczka - mediewista dalej snuje wspomnienia. - W stołowym znowu pobierano nauki. Tym razem studenci Wydziału Geologii. Na ścianach wisiały wykresy poszczególnych epok geologicznych, kambr, dewon, itd. W ogóle była tutaj wówczas duża reprezentacja geologów. Nad nami mieszkał profesor Łaszkiewicz, a poniżej znany paleontolog profesor Roman Kozłowski

 

Gimnastyka na drugim końcu świata


W 1949 r. kamienica została upaństwowiona. - Pojawili się wówczas inni lokatorzy i nieznany wcześniej folklor - dodaje Samsonowicz. - W pamięci utkwił mi wieczór, gdy będąc sam w mieszkaniu, oglądałem w telewizji kryminał, Jean Gąbin skradał się po ciemnych schodach. Nagle usłyszałem głośne pukanie. Na naszym balkonie, który podobnie jak inne od wojny nie miał balustrady, stała kobieta w białej koszuli. Przeszła po gzymsie z sąsiedniego mieszkania - meliny. A trzeba pamiętać, że tutaj każda kondygnacja ma prawie cztery metry. Ktoś ją gonił z nożem. Wpuściłem zjawę i wezwałem milicję. Przyjechali, powiedzieli, że panują nad sytuacją i odjechali. Innego roku, w samą Wigilię, jakiś mężczyzna wyskoczył z okna w oficynie. Takie mieliśmy wówczas towarzystwo. Większość dawnych lokatorów albo nie żyła, albo mieszkała zupełnie gdzie indziej, często na emigracji.

 

Historyk przypomina sobie, że zdumiewające byty również przypadki tych lokatorów, którzy z kraju wyjechali. - Ojciec opowiadał mi historię naszego sąsiada z vis-a-vis, pana Zajączkowskiego - wspomina z uśmiechem. - Miał przed wojną taki zwyczaj: codziennie rano stawał w otwartym oknie i gimnastykował się. Wówczas w kamienicy naprzeciwko otwierało się okno, a w nim zaczynał się gimnastykować pan w zbliżonym wieku. Trwało to jakiś czas, w końcu zaczęli się sobie kłaniać. Po wojnie losy rzuciły pana Zajączkowskiego do Ziemi Ognistej. Południowy skrawek Argentyny, małe miasteczko. Któregoś dnia, kontynuując swoje upodobania z Warszawy, stanął w oknie i zaczął się gimnastykować. Wówczas naprzeciwko otworzyło się okno, a W nim zaczął się gimnastykować pan z Wilczej. Pan Zajączkowski napisał wówczas do mojego ojca: "Myślałem, że z tęsknoty zwariowałem, że są to wariackie omamy. Przecież to jest niemożliwe". Wiele rzeczy wydaje się niemożliwych, a jednak...

 

Bez chłopców z latarniami


Kamienica podupadała. Nie było remontów, brakowało dozorcy, pojawiła się na nieznaną wcześniej skalę dewastacja. Niszczone było wszystko. Na każdym piętrze we wnękach stały figury chłopców w czapkach posłańców trzymających w rękach lampy, najpierw gazowe, później elektryczne. Ostatnią na parterze ukradziono w latach 60. Podobny los podzieliło olbrzymie tremo wiszące w ozdobnych ramach na półpiętrze. Przetrwało Powstanie, ale stłukł je pijany lokator. Gdy po 50 latach dom został zwrócony właścicielom, byl w stanie kompletnej ruiny.


- Musieliśmy go sprzedać. Przeprowadzenie takiego remontu pod każdym względem przekraczało nasze możliwości - mówi z żalem profesor Samsonowicz. - Nawet bardzo zamożny inwestor ma problemy. Elewacja, choć znowu efektowna, jest jednak znacznie uboższa niż pierwotna. Nie udało się też przywrócić wystroju klatki schodowej, nie wrócili chłopcy z latarniami, nie ma lustra, nie ma czerwonego chodnika na schodach. Nie mówię tego, żeby wybrzydzać, po prostu pamiętam jeszcze, jak było przed wojną. Remont i tak uważam za wielki sukces, choć na razie przeprowadzono go tylko od frontu. Oficyny pozostały w żałosnym stanie. Wyglądają jak z "Lalki" Prusa. Brakuje tylko studentów, żeby śledzia spuszczali. 

 
main page | VdHG archives | site map | print